Mirrors/Scrolls

Mirrors/Scrolls, 2006, installation, 7 fragments of The Song of the Murdered Jewish People by Yitzhak Katznelson, 7 mirrors and 7 burning candles, a house on Próżna street in Warsaw, 3rd Jewish Culture Festival Singer's Warsaw.

Each fragment of Song was printed as an illegible mirror-image and fixed to the wall at a right angle to a mirror to make the text readable, but only in this mirror. Reading parts of Song, one could see one’s face and feel one’s own presence on the “other” side. The juxtaposition of the paper and the candles with their reflection in the mirror created a form that resembled a Torah scroll. 

Yitzhak Katznelson (1886-1944), poet and playwright, after the outbreak of war was confined with his family in the Warsaw ghetto. His wife, two younger sons, his sister and brother were deported to Treblinka and murdered in the gas chamber. Katznelson and his eldest son, Tzvi, managed to escape from the ghetto and hide on the Aryan side. Soon, however, they became victims of the Gestapo provocation, “the Polish Hotel ploy.” Germans called on the Jews to come out of hiding to be allowed to travel abroad with the help of passports from South American countries that were sent to the General Government by Jewish organizations in Switzerland. Katznelson bought two Honduras passports, and was sent with his son to a camp in Vittel, France. There The Song of the Murdered Jewish People (1943-1944) was written. In April 1944, they were deported to the camp at Drancy, and from there to Auschwitz. On the night of April 30. they were murdered in the gas chamber. Before the deportation from Vittel, the poet managed to hide the manuscript of Song in a bottle and bury it at the camp. Miriam Novitch, another prisoner, rescued the manuscript on the day of camp's liberation by the Allies, on September 12, 1944. The Polish translation of The Song of the Murdered Jewish People is by Jerzy Ficowski.









Polish text
Lustra/Zwoje

Lustra/Zwoje, 2006, instalacja, 7 fragmentów Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie Icchaka Kacenelsona, 7 luster i 7 zapalonych świec, dom przy ul. Próżnej w Warszawie, III Festiwal Kultury Żydowskiej Warszawa Singera.

Każdy fragment Pieśni został wydrukowany w odbiciu lustrzanym i zestawiony pod kątem prostym z lustrem, aby tekst był czytelny, ale dopiero w lustrze. Czytając fragmenty Pieśni, widziało się własną twarz i czuło swoją obecność po „tamtej” stronie. Zestawienie papieru i umocowanej na jego brzegu świecy z ich odbiciem w lustrze tworzyło formę, która przypominała zwój Tory. 

Icchak Kacenelson (1886–1944), wybitny poeta i dramaturg, po wybuchu wojny znalazł się wraz z rodziną w gettcie warszawskim. Jego żona, dwóch młodszych synów, siostra i brat zostali wywiezieni do Treblinki i zamordowani w komorze gazowej. Kacenelson i jego najstarszy syn Cwi zdołali uciec z getta i ukryć się po aryjskiej stronie. Wkrótce jednak stali się ofiarami prowokacji gestapo zwanej „akcją Hotelu Polskiego. Niemcy wezwali ukrywających się Żydów do zgłoszenia się na rzekomy wyjazd za granicę na podstawie paszportów państw południowoamerykańskich, które przysyłały do Generalnego Gubernatorstwa organizacje żydowskie ze Szwajcarii. Kacenelson kupił dwa paszporty Hondurasu i został wysłany wraz z synem do obozu w Vittel we Francji. Tam powstała Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie (1943-1944). W kwietniu 1944 roku deportowano ich do obozu w Drancy, a stamtąd do Auschwitz. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja zostali zamordowani w komorze gazowej. Przed deportacją z Vittel poecie udało się ukryć rękopis w butelce i zakopać na terenie obozu. Więźniarka Miriam Novitch wydobyła go w dniu wyzwolenia obozu przez aliantów, 12 września 1944 roku. Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie na język polski przełożył Jerzy Ficowski (Czytelnik, 1986). 


SIEDEM FRAGMENTÓW PIEŚNI O ZAMORDOWANYM ŻYDOWSKIM NARODZIE


                                               *
– I jakże mógłbym dziś śpiewać? I jakże usta otworzę,
Gdym oto został sam jeden i na nikogo nie czekam –
Bo żona moja i dwoje piskląt rodzonych – o Boże!...
I obejmuje mnie groza... płacz słyszę. Płacz z bardzo daleka –

„Śpiewaj, zaśpiewaj! Niech boleść podniesie krzyk – głos niech wyda! 
Szukaj! Poszukaj go w górze, jeśli tam jest ponad ziemią –
Zaśpiewaj mu... o, zaśpiewaj pieśń ostatniego Żyda: 
Już oto nigdzie go nie ma, żył, umarł i nie pogrzebion...”

3–5.10.1943
 

                                               
*
Tak, byłem tam, w tym domu sierot, w czterdziestym drugim, była zima.
Widziałem dzieci przyniesione z ulicy. Spoglądałem wokół – 
Na rękach ktoś dziewczynkę małą – może dwuletnie dziecko – trzymał.
Patrzyłem i patrzyłem na nią – chudziutką, bladą, smutnooką,

Patrzyłem na nią, na dwuletnią, na starowinkę, babcię prawie,
 
Bo sto lat miała w swoim smutku, w powadze – jakże ciężkiej dla niej!
To, co jej babce się nie śniło, ona widziała już na jawie.
Mówiłem sobie: nie płacz! Smutek zniknie, powaga pozostanie.

Powaga, która świat i życie przenika, ciasno się z nim splata,
 
Powaga Żydów, co otrzeźwia, co sprawia, by się śpiący przecknął.
Jest jak Pięcioksiąg, jak proroctwo, jak Pismo Święte jest dla świata.
Nie płacz... Jest zbrodnia, a naprzeciw – z powagą swą żydowskie dziecko.

Nie płacz... Dziewczynkę pięcioletnią widziałem także w tym Zakładzie – 

Brata karmiła, a on płakał – braciszek mniejszy od niej, tyci...
I malusieńkie skrawki chleba maczała w rzadkiej marmoladzie,
Żeby choremu braciszkowi do buzi sprytnie kęs przemycić...

Widziałem pięcioletnią matkę, jak karmi – i matczyne słowa
 
Słyszałem. Matka moja lepiej by nie umiała od tej małej,
Co łzę otarła braciszkowi, radość wmówiła mu od nowa...
Szolem Alejchem by nie zdołał tak otrzeć łez. Ja to widziałem.

2–3–4.11.1943
 

                                               
*
Stań, Stań, mój Rabi... Niemiec się gniewa, każe ci stanąć, nie biegać więcej.
Każe otworzyć usta... A szames ma ci w nie splunąć, święty rabinie!
Rabin szeroko usta otworzył, a szames płacze i składa ręce:
„Jakże ja mogę! Jakbym mógł, panie! Jakże ja taką podłość uczynię!...”
„Pośpiesz się, w usta prędko mu napluj! Głupi szamesie, czego się grzebiesz!”

A szames pada do nóg Niemcowi: „Nie mogę!... Jakże bym mógł tak podle!...
 
To reb Josele...” Zawołał rabin: „Pluj! On celuje – strzeli do ciebie!”
Szames usłuchał, udał, że spluwa... Aż go uderzył Niemiec na odlew:

„Popatrz no, brudny Żydzie, i ucz się! Spójrz, jak się pluje, przypatrz się prędko!”
 
I charknął Niemiec, i splunął prosto w usta rabina: „Połknij to zaraz!”
I połknął rabin, a Niemiec zwraca się do szamesa, wskazując ręką
Rabina: „Widzisz jaki posłuszny!...” Nie dopełniła się jeszcze miara...

Kula trafiła szamesa w nogę. „A teraz precz stąd, wynoś się Żydzie!” 

Wiedzie rabina szames, kuleje, ale przyśpieszyć kroku się stara...
A rabin biegać potrafi tylko dokoła bimy – i ledwo idzie.
Wiedzie go szames w świstach szpicruty... Nie dopełniła się jeszcze miara!

Nie dopełniła się, póki obaj stąd nie odeszli – patrzcie: w dzień biały
 
Dym aż do nieba wzbija się, ogień płomieniem błyska w dymu zasłonach!
Płonie bóżnica! Płonie dom boży! Aron-hakodesz! Płoną rodały!
Rabin spogląda, szames go trzyma: Ach, miara... miara już przepełniona!

16–17–18.11.1943
 

                                               
*
Wasz tani błękit się nie zachmurzył i błyszczał zły i nieszczery,
Słońce w czerwieni, jak kat okrutne, w wiecznej toczyło się ciszy,
Księżyc jak stara kurwa wychodził w te noce na swe spacery
I gwiazdy znaki słały zdradzieckie, skrzyły ślepkami jak myszy.

Precz z moich oczu, nie chcę was widzieć i słyszeć nie chcę już o was!
 
Liche niebiosa, kłamliwe nieba, jakiż mnie straszny żal ściska!
Ja wam ufałem, wam powierzałem łez i radości mej słowa –
Wyście nie lepsze od nędznej ziemi – tego wielkiego śmietniska!

Ja opiewałem was w moich wierszach i w każdej pieśni pokornej,
 
Ja was kochałem wielką miłością, nie wiedząc, że się rozwieje.
A słońce wasze jeszcze za młodu przyrównywałem wieczorne
Do mej nadziei: „Tak sen mój gaśnie, tak przemijają nadzieje!”...

O, precz, niebiosa! Wyście mój naród oszukiwały niegodnie,
 
Wy nas od wieków oszukujecie – moich praojców, proroków!
Do was swe oczy wznosili ongi, by waszym płonęły ogniem,
Oni – na ziemi wam najwierniejsi, co wysławiali was wokół...

To do was najpierw wołali: – Słyszcie! Zrozumcie pierwsze! Tak trzeba.
 
Po was dopiero ziemia! – tak Mojżesz i mój Izajasz wołali.
– Rozsądźcie! – wołał Jeremiasz do was. I rozsądzałyście, nieba!
Czemuście takie obce się stały, wyziębłe w najdalszej dali?... 

23–24–25–26.11.1943
 

                                               
*
Patrzyłem, widziałem; zdjęli worek Żydowi z pleców, w którym dobytek swój schował.
I oto worek zapłakał... Dziecko! Żydowskie dziecko! Żandarm się pieni w gniewie
I szuka ojca, i krzyczy do dziecka: – Mów, gdzie twój ojciec! – A chłopiec patrzy bez słowa,
Spogląda i już nie płacze... Patrzy na swego ojca i nic nie mówi, nic nie wie! 

24–25–26.12.1943
 

                                               
*
Pod wieczór poszedłem z chłopcami na Miłą sześćdziesiąt jeden –
Już z karabinem i jeszcze z pistoletami – to szczęście!
Nazajutrz rozeszliśmy się, siedziałem w ciemności na strychu –
Było to pełne ludzi długie i wąskie przejście.

Siedząca przy mnie kobieta kaszleć zaczęła nagle,
 
Raz zakaszlała i drugi. I Żyd jak kot podbiegł do niej – 
Czekał, że znowu zakaszle... Niechby choć raz spróbowała!
I czekał, i w pogotowiu miał wyciągnięte dłonie! 

9–13.01.1944
 

                                               
*
Getto się pali i mury wypala do cna i gubi
Ostatnich Żydów w pożarze, co wzmaga się z każdą chwilą!
I całe niebo rozjaśnia. Więc jeśli jest ktoś w tym niebie,
To się przyglądał z wysoka i widział. Widział epilog.

9–13.01.1944
 


Return to top